Sarkastyczny,
czyli strona z lekką dozą ironii.

O mnie, czyli o sprawcy całego zamieszania

    Jestem typowym chłopcem, który lubi patrzeć na spadające z drzew liście, leżące na ziemi kasztany i kubki ze Starbucksa. Nigdy się nie poddaję, wierzę, że kanapka może spaść masłem do góry. Nie ufam przesądom i zawsze przechodzę pod drabiną. Lubie łamać zasady i chciałbym kiedyś spaść do góry nie patrząc w dół.Obejrzałem w życiu jedną chińską bajkę, przeczytałem okładkę "50 Twarzy Greya" i przesłuchałem 10-cio godzinną wersję superhitu "pudi pudi". Więcej grzechów nie pamiętam.

    Szczerze, nie lubię pisać o sobie, bo ciężko opisać słowami tak wspaniałą i skromną istotę, jaka jestem ja. Może trochę przesadziłem z tą idealnością, ale coś z geniusza w sobie mam (przynajmniej tak mówią mi rodzice). Gdy byłem małym chłopcem i chodziłem w sztruksowych spodniach i bluzeczce z uroczym niedźwiadkiem, chciałem zostać ogrodnikiem, pracować w restauracji i zrobić sobie kurs komputerowca. Wszystko wydawało mi się wtedy takie proste. Teraz powinienem to spuentować, że mimo takich marzeń nie skończyłem nawet podstawówki, ale miałem farta i nie okazałem się aż takim przegrywem. Co prawda nie pracuje w restauracji Gesslerowej i nie podlewam nastrucji w przerwie od naprawiania terminala płatniczego, ale jakoś nie żałuję (chociaż może wtedy miałbym za free rosół wykonany przez kreatorkę stylu i smaku).

    Dużo swojego czasu poświęciłem na podkradanie kwiatków z ogródka sąsiadki, wyrywanie roślin z przydomowego skalniaka (w przekonaniu, że to chwasty), ale nigdy nie udało mi się zostać ogrodnikiem. Zrozpaczony postanowiłem znaleźć sobie nowy, równie bardzo interesujący i mrożący krew w żyłach, zawód. Postanowiłem, że zostanę dyrektorem albo kierownikiem, albo kimś równie ważnym, którego wszyscy się słuchają. Moimi podwładnymi były wszystkie pluszaki, jakie tylko miałem w domu. Wymyśliłem regulamin, do którego każdy z nich musiał się stosować i prowadziłem listy obecności podczas zebrań. Wtedy tego jeszcze nie wiedziałem, ale w ten sposób stworzyłem typowe korpo. Wicedyrektorem był tygrysek, z którym obgadywałem kotka z kadr i konika z HRu. Oczywiście nie obyło się bez deadlinów. Panda nigdy nie wyrabiała się z raportami, a jeżyk zawsze miał wszystko zrobione na czas i zawsze do pracy przynosił śmierdzące kanapki ze śledziami (wiem, też byłem w szoku, że jeże jedzą śledzie). Interes rozwijał się bardzo szybko, organizowałem integracyjne wypady na squasha, dawałem premie najlepszym pracownikom, a najgorszych wyrzucałem do czasu, aż zabrakło mi pluszaków do rekrutacji na opuszczone stanowiska. Niestety, po kilku miesiącach na rynek weszła konkurencja. Mój kolega otworzył u siebie własną firmę i reklamował się na lewo i prawo. "Mam taką figurkę, mam takie zwierzątko" - takimi sloganami sprzątną mi sprzed nosa wszystkich kontrahentów. Musiałem zamknąć interes.

    Po upadku mojej korporacji przyszedł czas szkoły. Wtedy nie miałem czasu dosłownie na nic. Z tego powodu postanowiłem działać w szkole, w końcu spędzałem tam większość swojego czasu. Nie zrezygnowałem ze swojego postanowienia bycia kimś ważnym, więc zawsze starałem się zajmować jakieś znaczące stanowisko w klasie - skarbnik, gospodarz, łącznik z biblioteką, czy też nawet dyżurny (mimo, że on jest raczej od czarnej roboty, a nie od rządzenia, ale przynajmniej mogłem bezkarnie wychodzić z lekcji, żeby np. zmoczyć gąbkę). I tak przez wszystkie lata byłem zazwyczaj skarbnikiem, czasami gospodarzem. Bardzo mi się to podobało, bo każdy liczył się z moim zdaniem i - co najważniejsze - wszyscy dawali mi hajs. Robiłem listy kto ile zapłacił za komitet, zbierałem zgody na wycieczki, kontaktowałem się z wpływowymi osobami z innych klas. Tym razem zamiast korpo, powstało coś w stylu mafii, a ja byłem ojcem chrzestnym. Nie podrzuciłem nikomu głowy ryby zawiniętej w gazetę, ale jeśli ktoś zalegał z zapłatą za wycieczkę do Ciechanowa, to bombardowałem go najgroźniejszym spojrzeniem, jakie tylko umiałem rzucić. Zawsze wszyscy mnie lubili, więc nie musiałem się obawiać, że podczas kolejnych wyborów zostanę wygryziony przez jakiegoś kontrkandydata. Żeby nie było, że byłem małym podstępnym dzieckiem, muszę przyznać, że kiedyś zorganizowałem klasowy konkurs z wiedzy o szkole. Wszystkie informacje wziąłem ze strony szkoły. Pytania były bardzo szczegółowe, żeby nie było łatwo wygrać (do wygrania był dyplom z moim podpisem), ale nie wziąłem pod uwagę tego, że mogą być za trudne. Przykładowe: kto był trzecim wicedyrektorem szkoły, jaki kolor elewacji miał budynek zaraz po wybudowaniu, w którym roku pani Grażynka zaczęła uczyć geografii oraz kiedy odeszła. Na pierwszym miejscu było ex aequo pół klasy, już nie chciało mi się robić dogrywki.

    W ten sposób przebrnąłem przez szkołę, zdobyłem wykształcenie i jestem gotowy do pracy w Maku. Ostatnio zaczęło mi się nudzić, więc postanowiłem wskrzesić bloga. Rok temu też miałem własne miejsce w internetach, gdzie wysilałem się być śmieszny, ale znudziło mi się. W końcu ile można być śmieszkiem, szanujmy się. Mam nadzieję, że teraz tak szybko mi nie przejdzie i stworzę własne imperium swoich wiernych i oddanych czytelników (spokojnie, nie będzie tak jak w moim pluszowym korpo, albo w szkolnej mafii). A jak będzie? Zobaczymy ( ͡° ͜ʖ ͡°)