Sarkastyczny,
czyli strona z lekką dozą ironii.
Hejka wszystkim, dzisiaj przychodzę do was z osobistym wpisem o mnie, a dokładniej z 10 faktami na mój temat. Zostałem nominowany, a właściwie otrzymałem pałeczkę od Magdy (co prawda nie Gessler, ale myślę, że też byłaby wstanie rzucać talerzami po kuchni) z bloga emplace. Bez zbędnym wstępów jedziemy z tym koksem.

- wódeczki? - nie, nie palę.

Będąc nastolatkiem wymyśliłem sobie bardzo ambitny cel - zostanę abstynentem. Niemal przez całe moje nastoletnie życie broniłem się rękami i nogami przed alkoholem i wszystkim tym, co jest z nim związane. Nawet wychodziło mi to całkiem dobrze. W czasach gimnazjum, kiedy ponad połowa ludzi z mojego otoczenia biegała po domówkach, chlała po kontach i przemycała alkohol w każde możliwe miejsce, ja byłem aniołkiem, który jeszcze nie zasmakował grzechu. Widziałem jak ludzie zachowują się po alkoholu i bałem się co stanie się ze mną, jak się napiję - czy zacznę biegać po mieście i udawać małpę, czy pójdę na solówkę ze śmietnikiem. Będąc w wieku 18 lat nadal nigdy nie miałem w ustach wódki czy piwa. Wszystko się zmieniło, gdy pewnego razu poszedłem na wesele i miałem miejsce wśród rodzinnego wujostwa. Gdy 10 raz usłyszałem "No z nami się nie napijesz?", pękłem. Wszystkie moje planu o byciu abstynentem poszły, że tak powiem, w pizdu. Z drugiej strony też mogę być z siebie dumny, bo większość imprezy pamiętam po dziś dzień, a wypiłem wtedy sporo (podobno). Od tamtego pamiętnego dnia alkoholu się nie boję i szanuję na maksa wszystkich tych, którzy nie piją z wyboru (serio szacun), ja chyba nie należę do mocnych ludzi :P
Moim kolejnym celem było też to, aby nie palić. Na tym polu, powiem nieskromnie, odniosłem sukces. Nie paliłem, nie palę i nie planuję zacząć palić. Zapach papierosów wręcz mnie odrzuca. Jeśli idzie przede mną ktoś, kto jara szluga, a cały dym leci na mnie, mam ochotę podejść i za pomocą gaśnicy zgasić mu tego papierosa. Nie mam nic do palaczy, ale na prawdę mogliby uszanować, że ktoś nie pali i nie lubi dymu papierosowego. Już wolę sam zacząć palić, niż wąchać, jak pali ktoś inny. To tak jakby patrzeć się jak ktoś je ciastko (swoją drogą mam ochotę na szalotkę, ktoś? coś?).

Arnold Schwarzenegger? To ten z Titanica?

Jakby ktoś kazał my wymienić 5 aktorów i podać po jednym filmie, w jakim zagrali, to nie powiedziałbym nic, albo wybrałbym telefon do przyjaciela. Nie znam praktycznie żadnych aktorów/aktorek/reżyserów. Zawsze jak oglądam jakiś film, to nigdy nie zwracam uwagi no to, kto w nim gra, ani nawet jak (no chyba że serio jakieś totalne drewno). W filmach dla mnie jest najważniejsza historia, muzyka, scenografia i efekty specjalne. Jeśli te elementy mi nie podpasują, to nawet jeśli aktorzy robiliby szpagaty, połykali ogień i żonglowali shurikenami, to nie przykuliby mojej uwagi. Nie mam ulubionego aktora ani aktorki. Nie no, aktorkę może mam, Scarlett Johansson lubię, bo tylko ją z aktorek kojarzę i oglądałem aż dwa filmy, w których grała (a przynajmniej tyle pamiętam). Teraz pewnie znienawidziło mnie wielu koneserów filmowych: JAK MOŻNA NIE WIEDZIEĆ W JAKICH FILMACH GRAŁ DICAPRIO?! w Titanicu, chyba. Poza tym, że nie kojarzę owych osobistości ze świata filmowego, to jeszcze wielu kultowych filmów nie oglądałem. Na przykład: nigdy nie obejrzałem w całości żadnej części Gwiezdnych Wojen, jedynie widziałem jakieś urywki w tv, obejrzałem tylko pierwszą część Władcy Pierścieni, a Harrego Pottera może 3 części i to też nie wiem czy w całości. Poza tym istnieje cała masa filmów, które już widzieli wszyscy i to po milion razy, a ja ledwo kojarzę tytuły. Pod względem kinematografii jestem zacofany totalnie, ale dobrze mi z tym. Jedynie przeszkadza mi jak ktoś opowie jakiś super śmieszny żart z jakiegoś filmu i wszyscy zwijają się ze śmiechu, a ja nawet nie wiem kto to ten Ciupaka, czy jak mu tam.

-poproszę pączki -ile? -10

Tutaj będę taki sam jak inni - uwielbiam wszystko co słodkie. Pączki mógłbym jeść na śniadanie, obiad i kolację. A na deser gofra z owocami i sosem porzeczkowym. Tylko jest jeden mały szczegół - nie lubię lukru. Jem tylko te z cukrem puderm. Ale jak można lubić pączki, a nie lubić lukru?! Ano można, nie lubię, bo potem kleję cały ja i wszystko dookoła mnie. Zawsze jak coś jem, upaćkam jedzeniem wszystko - jak dziecko. Dlatego duże burgery zamawiam i jem jedynie w towarzystwie zaufanych osób, które nie uciekną na widok latającej wokół mnie sałaty i pomidora. Nie mam też ulubionego dania. Bardzo dużo rzeczy lubię, ale nie mam tej jednej jedynej. Jakbym musiał wybrać swój ostatni posiłek, to miałbym bardzo duży problem. Pewnie wziąłbym pączka albo gofra, ewentualnie jakieś frytki, może pizzę, wiem, arbuza bym zjadł, kotlet z piersi kurczaka też jest dobry, lepiej - spaghetti "ze sosem". Mam nadzieję, że nie jestem w ciąży. Jeśli już to w spożywczej. Aha - jeśli nie lubisz pączków/gofrów, to wiedz, że jesteś dziwny.

Jak robi rybka? nie umiem.

Nie umiem wielu rzeczy, nie umiem pływać, śpiewać (na trzeźwo), tańczyć (na trzeźwo), odmawiać wujkom, ładnie jeść, rzucać młotem, pchać kulą, robić karate, ćwiczyć salta, jeździć na jednym kole, jeździć na rolkach, grać na instrumentach (czasami mi na nerwach wychodzi, ale tez nie zawsze), wymyślać śmieszne żarty. Będąc dzieckiem wolałem biegać po osiedlu, albo siedzieć w domu, niż nauczyć się czegoś, co przyda mi się w przyszłości (co ja teraz zrobię bez umiejętności gry na skrzypcach?!). Dzieci w moim wieku chodziły na judo, pływalnie, karate, aikido, dżudżitsu i inne dziwne rzeczy, a ja miałem 200 wiosek w plemionach i setny poziom w Metinie (no dobra, nawet w Metina nie grałem ;__;). Jak tak teraz sobie pomyślę, to serio nie wiem co ja przez całe dzieciństwo robiłem :P Wiem! Biegałem i zdzierałem kolana, zbierałem połamane płytki ceramiczne na podłogę w domku na drzewie, który w końcu nigdy nie powstał, zbierałem znaczki (xD), szpanowałem przed dziewczynami z osiedla swoim zdezelowanym rowerem i patrzyłem w chmury szukając sensu życia.

-Powiedz coś śmiesznego. -Kartofel XD

Mam bardzo specyficzne poczucie humoru. Baaaaaaaaaaaardzo specyficzne, najgłupsza i najbardziej trywialna rzecz potrafi mnie rozśmieszyć. A rzeczy, które śmieszą wszystkich wokół są dla mnie głupie i nieśmieszne. W efekcie tego z moich żartów śmieje się tylko ja, a reszta zastanawia się o co mi chodziło i czy wszystko ze mną w porządku. To jest dobre i złe jednocześnie, bo z jednej strony chodzę wesoły i szczęśliwy z życia, a z drugiej czasami nie potrafię się odpowiednio się zachować. Ostatnio na uczelni zjeżdżałem windą i kopnął mnie zaszczyt, żeby jechać z uniwersyteckimi szychami. W końcu komuś zaczął dzwonić telefon, a jako dzwonek ten ktoś miał ustawioną jakąś arię akordeonową. Wszyscy grobowe miny, a ja czerwony jak burak, ledwo powstrzymywałem się, żeby nie prychnąć śmiechem. Ten dzwonek mnie tak rozśmieszył... Aż mi się przypomniały te super śmieszne żarty z pewnej gazety.

A co to się dzieje?

Zawsze wokół mnie dzieją się dziwne rzeczy. Po prostu mam jakąś aura, dzięki której przyciągam do siebie nietypowe zdarzenia. Jeśli idziesz do sklepu i gdzieś obok zauważysz lądujące ufo, to pewnie jest znak, że ja gdzieś obok przechodzę. Kiedyś przez pół miasta biegła do mnie jakaś pani, kiedy w końcu zapytałem o co chodzi, ona spojrzała na mnie i stwierdziła, że jednak o nic i poszła (?). Od tamtej pory codziennie patrzę w lustro i zastanawiam się co jest nie tak z moją twarzą. Jakiś czas temu w drukarni, gdy już miałem płacić, wyślizgnął mi się z rąk portfel (nie pierwszy raz, taka ze mnie ofiara życia), więc instynktownie podskoczyłem, aby go złapać, żeby moje grube hajsy nie wysypały się na podłogę. W tym samym momencie pani z obsługi o coś się mnie zapytała i pomyślała, że mnie tym swoim pytaniem wystraszyła, a ja z przerażenia podskoczyłem i wysypałem pieniądze z portfela. Te bardziej drastyczne historie zachowam dla siebie, bo wiem, że niektórzy mają słabe nerwy.

Ta sofa w kolorze akwamaryny będzie pasowała do mojej amarantowej kanapy.

Podoba mi się niewiele rzeczy, mam bardzo wyszukany gust. Przez to mam zawsze ogromny problem kiedy przyjdzie mi coś kupić. Zawsze się zastanawiam, czy aby na pewno to coś jest fajne i mi się podoba, czy jest to mi potrzebne, czy gdzieś indziej dostanę coś lepszego w niższej cenie i tak dalej... Więc albo zastanawiam się pół godziny nad kupnem jednej rzeczy, albo kupię coś spontanicznie i potem nie mogę spać przez najbliższy tydzień, bo dana rzecz jednak mi się nie podoba i czuję, że zmarnowałem pieniądze. Najgorzej jest w sklepach spożywczych, bo nigdy nie wiem czy mam ochotę na pizzę, czy drożdżówkę :/ #życie_jest_ciężkie

Milczenie i ciche jedzenie jest złotem.

Nienawidzę jak ktoś przy mnie chrupie albo mlaska. Nic innego nie jest w stanie bardziej mnie zirytować niż to. Kiedy jadę autobusem, a za mną ktoś chrupie wafelkami/chipsami etc. i jeszcze się nie podzieli, to mam ochotę wyskoczyć przez wyjście awaryjne. Tak samo chodzenie do kina to dla mnie koszmar, dookoła mnie siedzą ludzie, który wpychają sobie do ust garście popcornu i jeszcze szepczą, aby nie przeszkadzać. Szeptanie to kolejna, zaraz po chrupaniu i mlaskaniu, rzecz, która wprowadza mnie w stan furii. Mam z tym ogromny problem, mam nadzieję, że można to jakoś leczyć, bo meliska już nie pomaga.

Spokojnie, ja ci to wytłumaczę.

Mam cierpliwość do ludzi, nawet do tych najbardziej upierdliwych. Pracowałem w callcenter i wytłumaczenie komuś nieobeznanemu w technologii co tej jest ruter, nie jest mi straszne. Zazwyczaj mam tak, że im bardziej ktoś się na mnie denerwuje, to tym bardziej mnie to zaczyna bawić, więc spirala się nakręca, ja zwijam się ze śmiechu, a mój rozmówca dostaje ataku złości. Jeśli ktoś chce wiedzieć co to jest ruter i nie jest furiatem, to zapraszam do mnie :) Sprawa wygląda zupełnie inaczej, jeśli mam na kogoś lub coś czekać. Wtedy to ja dostaję ataków furii. Nienawidzę czekać na cokolwiek i nienawidzę jak ktoś się spóźnia na spotkanie. Ja zawsze staram się przyjść na czas, a jak wiem, że się spóźnię, to odpowiednio wcześniej daję znać. Punktualność pod pewnym względem to też moja wada, bo nie chcąc się spóźnić przychodzę 30 min wcześniej i muszę czekać jak debil.

Szanujmy się, inaczej wszyscy umrzemy. 

Zawsze traktuję innych ludzi tak, jak ja sam chcę być przez nich traktowany. Dlatego też nigdy do nikogo nie zieję nienawiścią bez powodu. To również sprawia, że czasami mam dla niektórych za dobre serduszko i te osoby brutalnie to wykorzystują. Przez to biorę sobie na głowę pierdylion rzeczy, bo chce być miły i nie odmawiam. Ale spokojnie, już powoli uczę się mówić "nie", co prawda nie zawsze działa, więc nieraz trzeba sięgnąć bo grubszy kaliber - "nie, idź sobie".

To tyle o mnie, mam nadzieję, że bardziej przybliżyłem postać swojej osoby. Wiem, że może jestem dziwnym człowiekiem, ale cóż. Ja po prostu jestem wyjątkowy. Handluj z tym. Nominuję każdego, kto przeczytał ten wpis (widzę was) :)

Co roku pierwszego listopada w całej Polsce odbywa się bardzo ważne i ekskluzywne wydarzenie. Ze wszystkich zakątków naszego kraju zjeżdżają się ludzie, którzy są głodni nowych wrażeń. Wszyscy starają się pokazać z jak najlepszej strony tak, aby inni z zazdrości mogli sobie pójść płakać do kąta. Liczy się przede wszystkim dobry gust, wyobraźnia oraz odrobina szaleństwa. Mowa tu oczywiście o terenowych pokazach mody. Są one całkowicie za darmo, stąd też cieszą się ogromną popularnością. Każdy może występować w roli modela, bądź też widza. Nie musisz mieć żadnego bloga modowego, czy instagrama ze zdjęciami zachodzącego słońca. Najważniejsze jest, abyś zaprezentował bardzo oryginalny i wizjonerski look!

    Na tegorocznym pokazie można było podziwiać najnowsza kolekcję wczesne przedwiośnie - pochmurna jesień. Dominującymi kolorami były: biały, złoty oraz panterka. Wszystkie modelki miały iście grobowe miny, choć zdarzały też się wyjątki, niektóre panie wręcz promieniały uśmiechem i prowokująco przerzucały włosy z jednej strony na drugą. Nie można powiedzieć, że kreacja były nudne, wręcz przeciwnie - dominowała abstrakcja. Widać było, ze projektanci puścili wodze fantazji i wyzbyli się wszelkich ograniczeń. Bardzo śmiałe połączenia jaskrawych kolorów oraz motywów zwierzęcych wywarły na mnie bardzo duże wrażenie. Hitem okazało się połączenie białych kozaczków, czarnych rajstop, lateksowej spódniczki mini, bluzeczki w panterkę, białego futerka i nie zapominajmy o różowej opasce, która kolorem pasowała do różowych tipsów.

    Poza wizjonerskimi kreacjami bardzo ważne były rekwizyty. Każda modelka oraz model mieli bardzo estetyczne i wyszukane przedmioty, które były dopełnieniem całej stylizacji. Najczęstszym wyborem były przeróżne świeczki w kolorowych lampionach, zwane również zniczami. Im znicz większy i bardziej kolorowy, tym lepiej. W ubiegłym roku była moda  świeczki w lampionach wykonanych ze szkła, które sprawiało wrażenie zadymionego, natomiast w tym roku najbardziej szpanerskie były takie, które wyglądały jakby zrobione były ze sklejonego, popękanego szkła. Największe noty zbierały osoby, które miały po kilka ogromnych, różnokolorowych zniczy i najlepiej, żeby były zapachowe (na przykład o zapachu świeżo upieczonej szarlotki). Kolejnym bardzo popularnym rekwizytem, ale już nieco droższym są różnorodne wiązanki kwiatowe. I tutaj działa taka sama zasada - im więcej tym lepiej. W morzu najróżniejszych wieńców ciężko było wyłapać jeden najpiękniejszy i najbardziej wyjątkowy. Zazwyczaj praktycznie niczym się nie różniły: kilka gałązek drzewa iglastego i masa najróżniejszych kwiatów. Najbardziej charakterystyczny były chyba lilie ze względu na bardzo mocny i nieraz wręcz duszący zapach, także moja prognoza na przyszły rok: wiązanki składające się z samych lilii.
 
    W tym dniu cierpiały jedynie małe dzieci, których rodzice postanowili być fashion. Najmłodsi najwyraźniej nie mieli tego "flow". Niektóre maluchy były ubrane specjalnie na wybieg, ale widać było, że ich to nie rusza. Jedyne co robiły, to z zażenowaniem towarzyszyły swoim opiekunom. Rozmawiałem z kilkoma i zamierzają złożyć skargę do Trybunału Praw Człowieka o bezpodstawne wykorzystywanie do lansu na pokazach.
Jedni kochają swoich sąsiadów całym sercem, a inni całą pięścią. Niektórzy z nich służą pomocą i pożyczą cukru na szarlotkę albo soli, żeby przesolić zupę, a inni zadbają o to, żeby obudzić ciebie o 7 rano w sobotę za pomocą wiertarki udarowej. Są też tacy, którzy wiedzą więcej o twoim życiu niż ty sam i mają nawet album z twoimi zdjęciami, zrobionymi z ukrycia. Nieważne gdzie mieszkasz, zawsze będziesz mieć jakiegoś sąsiada, nawet jeśli masz dom na środku pustkowia, to za garażem swoją kwaterę ma kret (który notabene skarży na imprezy, jakie urządzasz w soboty wieczorem, mógłbyś chociaż darować sobie to disko polo, no ile można słuchać piosenki "majteczki w kropeczki"...).

Mieszkając w bloku, wśród wielu innych ludzi, należy uważać na wiele bardzo istotnych czynników. Przede wszystkim trzeba żyć skromnie. Kupując nowe auto pokazujesz, że nie masz co robić z pieniędzmi. Od razu zyskasz wielu bardzo dobrych i zawsze służących pomocą sąsiadów. Teraz każdy będzie mówił do ciebie dzień dobry, nawet pan spod dwójki, któremu zalałeś łazienkę, bo twojej pralce nie posmakował nowy proszek do prania. Oczywiście nie wolno zapominać też o tym, aby odpowiadać innym na przywitanie i życzyć miłego dnia. Dziewczyna, która wynajmuje kawalerkę obok ciebie (swoją drogą ma bardzo duuuużee... ambicje), kilka krotne nie odpowiedziała na radosne "Dzień dobry" pani Wiesi, więc ktoś w odwecie na jej drzwiach napisał farbami akwarelowymi: "bezwstydnica, wyindywidualizowana indywidualistka, hipsterka" i inne obelgi. Ale pamiętaj, że dla ciebie nie każdy musi być życzliwy. Zdarzają sie osoby, które nawet na ciebie nie spojrzą, nie zważając na to, że podlewasz im kwiatki, karmisz fretkę i odbierasz pocztę, do póki nie wyjadą z zakładu karnego.

Często zdarza się tak, że twoi sąsiedzi są melomanami, wręcz koneserami dobrej muzyki. Najlepsze jest to, że dzielą się swoją pasją z innymi, zarażają (bądź też zrażają - jak kto woli) ludzi miłością do soczystych tonów kontrabasu, delikatnego brzmienia harfy lub charakterystycznych melodii kwartetu smyczkowego. Właśnie dzięki takim osobom możesz usłyszeć jak brzmi każdy instrument. Nieważne co robisz w danym momencie, czy czytasz książkę, rozmawiasz przez telefon z klientem i dogadujesz szczegóły współpracy, kładziesz dziecko do snu albo w końcu piszesz post na bloga, właśnie dzięki takim złotym sąsiadom w tym momencie możesz usłyszeć przepiękny dźwięk puzonu. Oczywiście wszystkie dźwięki docierają do ciebie stłumione i brzmią jak wiertarka, maszynka do mięsa, odkurzacz, odgłos rozbijanego mięsa na kotlety schabowe, wrzaski żony na męża, który znowu wrócił pijany do domu lub wściekłe szczekanie jorka.

Doceniajmy sąsiadów, bo oni zawsze chcą dla nas jak najlepiej. Jeżeli trzeba, to udzielą lekcji kultury, zaznajomią z muzyką i sztuką współczesną ("szperje" są już passé, teraz tylko akwarele!). Oczywiście zalety posiadania sąsiadów można by wymieniać bez końca, no ale już nie przesadzajmy, bo jeszcze ktoś się zawstydzi.

 

Wieczór, postanowiłeś wyjść sobie na spacer po mieście. Przechadzasz się niemalże pustą ulicą i rozmyślasz o globalnym ociepleniu i martwisz się brakiem dostępu wody w krajach trzeciego świata. Po chwili zauważasz, że mimo braku żywej duszy w twoim najbliższym otoczeniu, ktoś cię obserwuje. Czujesz na sobie wzrok dziesiątek par oczu, które dogłębnie analizują każdy twój detal. Słyszysz jedynie szepty "co on tu robi o tej godzinie?", "pewnie jakiś gwałciciel i złodziej", "ale ma paskudne spodnie", "ma jakieś satanistyczne wzorki na koszulce", "a mówiłam Władziowi, żeby zainstalować alarm w domu", "gdzie ja zostawiłam moją szczękę?!" i tak dalej...

Zajęli się tobą moherowi agenci. Specjalnie przeszkolone jednostki, których zadaniem jest pilnowanie porządku i gromadzenie najważniejszych informacji. Zapewne już widniejesz w bazie danych i masz wpisanych tam kilka wykroczeń.

12-05-2015 godzina 15:00
Podejrzany wyszedł z klatki numer 5, ubrany był w jasne spodnie i czarną bluzkę. Po raz 4 w tym tygodniu nie powiedział mi dzień dobry i spojrzał na mojego Azorka z pogardą.
Agent Gienia

Tak, tak, jest tu mowa o tym psie, który zawsze sra pod twoją klatką, a właścicielka nigdy po nim nie sprząta. Raz chciałeś do niej podejść i zwrócić jej uwagę, ale gdy zauważyła, że się do niej zbliżasz, to zbombardowała cie wrogim spojrzeniem, więc dla swojego bezpieczeństwa postanowiłeś odpuścić.

Te oto służby specjalne dbają o porządek i kulturę. Z dziewczyną/chłopakiem można spotykać się jedynie w dzień, najlepiej w jakiejś porządnej restauracji. Nie jak ta lafirynda spod 12, która sprowadza do siebie swojego lowelasa, siedzą i hałasują po całych nocach. Nie dość, że brzydki, to pewnie jeszcze starszy od niej. Sponsora sobie znalazła. Rodzice wyjechali za granicę i zostawili taka ladacznicę, która cały czas tylko się rządzi "Pani Wiesiu, wie Pani, ze po piesku trzeba sprzątać?", szczyt chamstwa.

Stacjonują głównie w swoich mieszkaniach, a właściwie w oknach swoich mieszkań, przekazują sobie informacje w czasie zakupów w Biedronce lub przed mszą w kościele. Nic nie umyka ich uwadze. O każdym mają wyrobione zdanie i na temat każdej osoby wiedzą więcej niż ktokolwiek inny. Myślisz, że nikt nie zauważył, że wyrzucasz szklaną butelkę do pojemnika na plastik? Według ciebie plamka na nogawce spodni to nic takiego? No i przecież nikt się nie domyśli, że 3 dzień z rzędu masz tę samą koszulkę. Możesz uznać to za błahostki, ale w bazie jesteś wpisany jako "śmieciarz, brudas i biedak, bo nie stać go na nowe ubranie".


Co to jest czas? Na pewno coś, czego cały czas nam brakuje i nigdzie, niestety, nie da się tego kupić. Poza tym jest to też coś, co codziennie rano kopie nas w tyłek i zmusza nas do opuszczenia ciepłego łóżka, które nigdy nie chce nas puścić ze swojego ciepłego objęcia. Zaraz po tym jak się obudzimy, musimy go gonić. Zaspani biegniemy przez całe mieszkanie, potem wybiegamy na ulicę i podążamy za nim do naszej pracy/szkoły. W pośpiechu podejmujemy wiele decyzji, które nie zawsze są dobre. Każdy w swoim życiu na pewno nie raz chciał cofnąć czas, aby nie dopuścić do różnych wypadków. Do tego potrzebny jest nam wehikuł czasu, ale niestety już żadnego nie ma na magazynie w żadnym sklepie. Ci, co są sprytniejsi już dawno kupili swoje egzemplarze i teraz siedzą sobie luksusowych willach i słyszymy o nich w telewizji. Co takiego zrobili? Przewidzieli wynik w totka!

Załóżmy, że masz już wehikuł czasu. Poza tym, że zostałeś bohaterem we własnym domu, otrzymałeś możliwość podróży w czasie! Wiesz co to znaczy? Teraz możesz cofnąć się w czasie o klika godzin i tym razem PRZYPILNOWAĆ zupę pomidorową, która poczuła się samotna, postanowiła wykipieć i zalać Ci całą kuchnię, przez co miałeś zajęcie na najbliższe kilka godzin. Możesz też cofnąć się do poprzedniego dnia i zawiązać wcześniej sznurówkę. Szedłeś z rozwiązanym butem, bo nie chciałeś wypinać się na środku chodnika, ale przez przypadek stanąłeś na wolną i wyzwoloną sznurówkę, i przewróciłeś się. Nie byłoby w tym nic strasznego, gdyby nie fakt, że wpadłeś w kałużę, mając na sobie nowy garnitur, bo właśnie szedłeś na ważne spotkanie firmowe, dotyczące twojego awansu

Zastosowań dla takiego wynalazku są miliony. Ale zaraz, zaraz, nie zapominajmy, że w ten sposób oszukujemy naszego dobrego i nieco irytującego przyjaciela - czas. Jak on może się poczuć? Też chciałbyś, żeby ktoś przewijał ciebie (w sensie, że jak film, ale jak wolisz) i zmieniał twoje życie, bo coś mu nie pasowało? Wyobraź sobie (może nawet nie musisz tego robić), że rodzice zapisali ciebie do dobrej szkoły, dzięki której bardzo się rozwinąłeś i zyskałeś dobry zawód. Jednak mamie jakiegoś chłopca nie spodobało się, że jesteś lepszy od jej ukochanego synka i cofnęła czas, żeby na twojej miejsce wpisać tego idiotę, który siedzi teraz obok ciebie w pracy, ma ksywkę "spocona łapa" i nie wie jak wstawić obrazek do Worda. Nie bądźmy obojętni i pamiętajmy, że czas też ma swoje uczucia.

Choć z drugiej strony po co cofać czas? Może i dzięki temu miałbyś miliony hajsów, spałbyś w wielkich łożach z jedwabną pościelą, a na skinienie twojego palca z każdej szafki i każdego okna wyskakiwałaby służba, gotowa na spełnienie twojej każdej zachcianki. Ale zauważ, że wtedy twoje życie byłoby biedne. Każda najgłupsza sytuacja czegoś nas uczy; nawet głupie bułki, które wysypały ci się w sklepie na podłogę, nauczyły cię, że siateczki z pieczywem trzeba zawiązywać (wiem z własnego doświadczenia, zaufaj mi). Nie warto też cofać czasu tylko po to, żeby zapobiec np. wywróceniu się w autobusie spowodowanego tym, że postanowiłeś być hardkorem i jechać bez trzymania się czegokolwiek. Teraz przynajmniej wiesz, że w autobusie jesteś jak kartofel i musisz się wszystkiego trzymać, żeby nie zrobić podwójnego backflipa.


W blasku świateł dyskotekowych pożyczonych od Waldka, w akompaniamencie muzyki disko-polo, odgrywanej na żywo przez miejscowego mistrza akordeonu i w oparach bimbru wujka Edka odbywa się wielkie weselicho. Ciotka Wiesia wywija na parkiecie z kuzynem Kajtkiem, dziadek Hieronim polewa wszystkim wódkę do szklanek, a stryjek Mietek turla się pod stołem, śpiewając piosenkę z Titanica. Jak to na każdym weselu bywa, wszyscy są szczęśliwi, uśmiechnięci od ucha do ucha i pijani w cztery dupy.

Stoły, po brzegi zastawione najróżniejszymi potrawami, tylko czekają aż zasiądzie do nich kilkaset osób przybyłych na wesele (oczywiście nie wszyscy byli zaproszeni, ale kto by na to zwracał uwagę - zawsze więcej prezentów i hajsu dla pary młodej). Nad pieczonym indykiem rozgrywają się sceny podobne do tych, jakie można zaobserwować na targach: plotki, śmiech, narzekania, zachwyt, a czasami oferty sprzedaży jakiś drobiazgów po taniości. I tak kuzynka Zosia obgaduje ze stryjenką Elwirą ciotkę Eleonorę, która założyła pofarbowane na różowo futro z fretek, czapkę ze śmigiełkiem i cały czas chodzi z kolorowym wiatraczkiem w ręku, śpiewając "Wszystko się może zdarzyć" Anity Lipnickiej. Jakby tego było mało, to jeszcze przyjechała na pozłacanym rowerze swojego męża. Stryjek Władek dogaduje szczegóły interesu z kuzynem Edkiem, chce mu sprzedać kierownicę do Mercedesa, rok produkcji 1998, nieklepana, lekko przetarta u dołu (wystarczy kupić pokrowiec i nic nie będzie widać).

Na samym skraju stołu siedzi zazwyczaj wujostwo, które lubi dobrze i przede wszystkim dużo wypić. Kiedy goście wznoszą pierwszy toast za parę młodą, to owi waćpanowie są już przy 6 kieliszku. Zawsze stoją pierwsi po bimber przy stoisku z herbatą i to oni zazwyczaj są głównymi piosenkarzami wieczoru, a nie jakiś tam wynajęty zespół. Swój repertuar prezentują w późnych godzinach i jak na światowej sławy artystów przystało, potrafią zaśpiewać każdą piosenkę. Poza tym wszyscy goście po takim weselu będą nieśmiertelni, bo wujkowie wypili za zdrowie każdej osoby po 5 razy.

Poza starszymi osobami przy stołach możemy też spotkać przegrywów, którzy z nikim nie tańczą. Zazwyczaj są to gimbusy, które boją się, że ciotka da im kosza i nie będzie chciała z nimi densić. Wyjdą na parkiet tylko wtedy, gdy ktoś ich zaciągnie, ale i tak zrobią to z dużą niechęcią. Największym koszmarem dla nich są oczepiny, gdy wszyscy kawalerowie z wesela walczą o muszkę pana młodego. Nie dość, że trzeba biegać w kółeczku, to jeszcze potem tańczyć z dziewczyną, która złapała welon panny młodej. Jak trafi się ładna, to jeszcze ujdzie, gorzej jak będzie jakaś 2/10.

Największe cuda dzieją się na parkiecie, kiedy w stanie mocnego upojenia jest przynajmniej połowa gości. Do powolniej muzyki niczym z jeziora łabędziego niektórzy tańczą salsę, a inni bregdensa. Okazuje się, że stryjek Wiesio, który cierpi na reumatyzm, bez problemu potrafi zrobić szpagat i potrójnego backfilpa do przodu. Ciotka Halina ze swoimi najlepszymi kumpelami tańczy makarenę, co jest odpowiedzią w bitwie tanecznej z drużyną ciotki Eli, która zaprezentowała taniec Hula. W końcu wszyscy łapią się za ręce i robią pociąg, który wykoleja się przy stoliku z ciastkami, bo tory były złe i nadwozie tez było złe.

Wesela są miejscem, gdzie dzieją się najróżniejsze cuda. Możesz zobaczyć i usłyszeć rzeczy, o których nigdy wcześniej nie miałeś pojęcia. Wiele rzeczy też można się nauczyć, na przykład, że nie odmawia się wujkowi Zenkowi, albo że nie powinno się mieszać wódki z bimbrem, winem, piwem, szampanem i fantą. Z imprezy wyjdziesz z pudełeczkiem, wypełnionym po brzegi pozostałościami ze stołów (najprawdopodobniej będą to ciastka, bo wszyscy chcą być fit i nikt ich nie je), więc będziesz miał co jeść przez najbliższy miesiąc. A jak nie odstaniesz pudełeczka z ciasteczkami, to zgłoś reklamację i zażądaj zwrotu straconego czasu i pieniędzy wydanych na prezent dla pary młodej.

W życiu każdego człowieka pojawia się moment, gdy postanawia opuścić swoją jaskinię. Po długich przygotowaniach na wyprawę życia, po podjęciu decyzji, że jedziesz na wczasy do Radomia, trzeba zdecydować w jaki sposób się tam dostaniesz. Niestety, twój prywatny odrzutowiec jest w naprawie, a limuzyna nie ma ważnego przeglądu technicznego, więc zostaje ci tylko jedna możliwość - podróż pociągiem. Wiem, że to brzmi strasznie, ale nie masz innego wyjścia.

Pierwsze, co musisz zrobić to wybrać się na dworzec i kupić bilet. Miła (o dziwo) pani w okienku informuje cię, że do Radomia jest pociąg ekspresowy i planowany odjazd ma za godzinę. Zadowolony kupujesz bilet. Po 15 minutach w końcu znajdujesz peron piąty i czekasz. Czekasz, czekasz, czekasz, a potem znowu czekasz. I tak po 2 godzinach dalej czekasz. W końcu słyszysz komunikat.
Opóźniony pociąg do Radomia odjedzie z peronu czternastego za 15 minut.
Nie jest tak źle, masz 15 minut, żeby znaleźć peron czternasty, jak nie znajdziesz, to lepiej wyciągnij sobie śpiwór. Załóżmy, że przy pomocy nawigacji udało ci się trafić do pociągu. Brawo. Kolejna twoja misja - znajdź miejsce siedzące. Akurat wsiadłeś do wagonu z przedziałami, więc musisz zapakować się do jednego z nich, no chyba że chcesz stać w korytarzu przez kilka godzin i zaglądać w oczy przechodzącym obok ludziom. Spokojnie, jedyne co musisz robić to sprawdzać w każdym przedziale, czy jest wolne miejsce. W pierwszym od prawej strony jest nawet okej, gdyby nie to, że na jednym siedzeniu leży menel, a po drugiej stronie siedzą członkowie jakiejś sekty. Idziesz dalej, teraz masz do czynienia z 3 metalami, 2 gothami i jednym hipsterem, który chyba jest zakładnikiem.

W końcu udało ci się trafić na idealne miejsce przy oknie, a do tego z w miarę normalnymi ludźmi obok. Wchodzisz do przedziału, walizki wrzucasz na półkę, po czym wygodnie siadasz. Po kilku minutach jazdy zaczynasz żałować, że wybrałeś to miejsce. Obok ciebie siedzi sobie dość puszysta pani, która wręcz rozlewa się na 2 siedzenia i czyta sobie gazetkę plotkarską, niby nic złego, ale za każdym razem kiedy przewraca stronę, szturcha cię łokciem i mimo twoich uwag, nadal to robi, a do tego wyciągnęła czipsy i pochłania je całymi garściami. Po drugiej stronie siedzi sobie dziewczyna z rudym kolesiem. Na początku wyglądali tak, jakby się w ogóle nie znali, ale po chwili okazało się, że są parą. Tak, tak, rudy ma dziewczynę, może i to wolontariuszka, której za to płacą, ale tu nie chodzi o to. Rudy cały czas się wierci jakby miał owsiki w dupie, przez co non stop kopie cie po nogach, a potem jeszcze otworzył okno, nie zwracając uwagi na to, że pada deszcz i wszystko leci na ciebie.

Po godzinie jazdy, kiedy twoja sąsiadka wypełzła z przedziału, a słodka parka zasnęła, wreszcie masz chwilę spokoju. Wyjmujesz sobie książkę, żeby spokojnie poczytać. Nagle słyszysz:

SŁODYCZE, CUKIERKI, SOKI, CZIPSY, SŁODYCZE, CUKIERKI, SOKI...

Tak, właśnie przechodzi wesoła pani z artykułami spożywczymi, żeby osoby z choroba lokomocyjną miały czym wymiotować. Na kolejnej stacji do przedziału wsiada spocony facet z ciążą spożywczą. I jako że wolne miejsce jest tylko obok ciebie, siada właśnie tam. Zapachu chyba nie muszę opisywać. Akurat właśnie chciałeś wyjść, żeby się przejść, dobrze się składa. Przechadzasz się między przedziałami, w jednym dzieci podpalają piłeczkę zawieszoną na sznureczku między półkami na walizki, w kolejnym alkoholizują się członkowie kółka zbieraczy kapsli, a w ostatnim cyganka wróży z ręki jakiejś typce, a mąż owej "wróżki" opróżnia torebkę zachwyconej wróżbą ofiary. Nagle stwierdziłeś, że musisz iść do toalety. Idziesz na koniec wagonu, i zatrzymujesz się przed malutkimi drzwiczkami z napisem WC. Wejść, czy nie wejść - oto jest pytanie. Wchodzisz. Rzut oka no to co znajduje się w środku, wychodzisz. Spokojnie, do Radomia jeszcze 5 godzin jazdy.



//Pociąg śmierdzi - tu nie ma błędu.